czwartek, 27 kwietnia 2017

6 nowości w kosmetyczce Pani "dobrzepotrzydziestce" ;)


Witajcie!

Ach jak dawno nie pisałam o mojej kosmetyczce. A dzieje się w niej cały czas :) Niektórzy lokatorzy są nie do ruszenia, dla innych ciągle szukam godnych następców, a jeszcze innych eksmituję bez najmniejszych wyrzutów sumienia ;)
Czy pojawiło się coś nowego? Owszem, zapraszam Was do lektury.

1. Pierwsza nowość w mojej kosmetyczce to krem pod oczy marki Lirene z serii Folacyna. Jest on przeznaczony dla kobiet po 40 roku życia, ale szczerze mówiąc ja niespecjalnie zwracam uwagę na te opisy. Jeśli produkt mi służy, to go używam i nie ma to dla mnie większego znaczenia. Krem ma w składzie kwas hialuronowy, który ma za zadanie nawilżać i napinać skórę oraz witaminę A, rozjaśniającą cienie. Krem jest bardzo delikatny, ale zarazem odżywczy. Szczerze mówiąc nie zauważyłam efektu napinania skóry pod oczami, ale na pewno jest ona dobrze nawilżona, a tego właśnie wymagam od kremu pod oczy. Cienie mam już tak duże, że raczej nic mi nie pomoże. Chyba że dwa tygodnie z daleka od rodzinnego domu i wstającego po kilka razy w nocy dwuletniego synka ;) Jeśli chodzi o zmarszczki, to tak jak kiedyś pisałam, na nie pomoże tylko dr Gojdź ze swoimi kolegami, panami Botoxem i Hialuronem :) Więc nie wierzcie w bajki producentów i szukajcie kremu, który przede wszystkim dobrze nawilży skórę, nie będzie podrażniał oczu i sprawi, że Wasze spojrzenie będzie "wypoczęte". Ten krem spełnia te warunki, a jego cena jest bardzo interesująca (15 zł).


2. Kolejny nowy produkt, który zagościł w mojej kosmetyczce i raczej na długo w niej pozostanie, to żel do mycia twarzy, również marki Lirene. To jedna z moich ulubionych marek, jeśli chodzi o kosmetyki pielęgnacyjne i cenię ją na równi z Dr Irena Eris, bo to przecież jej "tańsza siostra". Żel Derma Matt ma właściwości złuszczające i normalizujące, co dla mojego rodzaju skóry jest zbawienne. Bardzo dobrze zmywa makijaż, oczyszcza skórę, wygładza delikatnie naskórek i pomimo właściwości matujących, nie wysusza go. Po umyciu twarzy nie mamy wrażenia nadmiernego "ściągnięcia" skóry, wręcz przeciwnie, skóra jest miękka i nawilżona. Ja zmywam nim także oczy i bardzo dobrze im służy. Żel należy do linii Derma Matt, z której używałam już jakiś czas temu kremu na dzień i również byłam bardzo z niego zadowolona (pisałam o nim tutaj). Tak więc z czystym sercem polecam ten żel, tym bardziej że jego cena (ok. 15 zł) jest bardzo atrakcyjna w porównaniu z innymi produktami.

Przy okazji przestrzegam Was przed zakupem podobnego żelu do cer mieszanych z niedoskonałościami, marki Kolastyna. Gorszego chyba w życiu nie testowałam. Nie dość że brzydko pachnie (taki dławiący, ostry zapach), to zawarte w nim drobinki są tak duże, nieprzyjemne i drapiące, że trudno porządnie umyć nim twarz, nie robiąc sobie krzywdy. Na dodatek kompletnie nie radzi sobie ze zmyciem ani podkładu, ani tuszu, ani czegokolwiek innego. Porażka! Zostawiłam go sobie do peelingowania stóp ;) Poniżej jego zdjęcie.

3. Trzeci produkt, o którym chciałabym Wam dziś napisać to krem wybielający. Tak nie do końca jest to dla mnie nowość, gdyż 3 lata temu miałam okazję go przetestować i efekty przerosły moje oczekiwania. Dlatego też postanowiłam do niego wrócić, po kilku nieudanych testach z innymi produktami wybielającymi. Jest to krem sporządzany w aptece, wg receptury dermatologa. Ja przywożę go z Austrii, ale myślę, że nasze apteki także poradzą sobie z jego sporządzeniem. Krem ma w składzie kwas glikolowy (jest go 5%) oraz hydrochinon (2%). Są to składniki mocno złuszczające i wybielające. Szczerze mówiąc jest to najskuteczniejszy krem wybielający, jaki miałam okazję używać. Jego zaletą również jest to, że nie powoduje widocznych podrażnień, zaczerwienienia, czy łuszczenia się skóry. Wszystko dzieje się bez widocznych oznak, więc można normalnie funkcjonować. Kremu używałam na noc, w zimie, tj. od stycznia do marca. Wiadomo, że takich produktów nie powinno używać się w okresie letnim, kiedy słońce mocno operuje, gdyż zamiast sobie pomóc, możemy narazić się na kolejne przebarwienia. Ja jestem zachwycona efektami. Skóra jest mocno rozświetlona, przebarwienia są rozjaśnione, a naskórek lekko złuszczony. Jeśli nie planuję poważnych akcji rozjaśniających przebarwienia, np. zabiegu Cosmelan, (więcej szczegółów na ten temat znajdziecie tutaj), który swoją drogą uważam za najskuteczniejszy, ale jednak wyłączający z życia na 3-4 tygodnie i bardzo drogi, to ten krem jest doskonałym zastępstwem. Niestety nie znam jego ceny, gdyż dostaję go w prezencie.


4. Ja nie wiem, jak to jest możliwe, ale do tej pory nie wpadłam na to, aby zakupić znany już wszystkim od kilku lat Tangle Teezer. Dopiero słaba kondycja moich włosów skłoniła mnie do zakupu tego bestsellera. I to bardzo dobry pomysł był. Faktycznie ten "grzebień" nie szarpie włosów, tylko delikatnie rozczesuje je warstwa po warstwie. Ponadto włosy po jego użyciu nie elektryzują się, a wręcz są wygładzone i błyszczące. Pomimo ergonomicznego kształtu, z początku był nieco nieporęczny, ale to kwestia przyzwyczajenia. Teraz nie oddałabym go za nic. Pewnie też nikt by go nie chciał...z tym wzorem ;) Bardzo polecam, szczególnie osobom, których włosy mają tendencję do puszenia się i plątania. Ceny są bardzo różne, w zależności od jego wielkości, kształtu, wzoru oraz miejsca zakupu. Ja kupiłam w Sephora, kosztował coś ok. 50 zł.

5. To czysty przypadek, że krem Restylane pojawił się w mojej kosmetyczce. Był on nagrodą-niespodzianką, którą można było wygrać w konkursie organizowanym przez moja ulubioną klinikę dermatologii estetycznej Juwena. Szczęście uśmiechnęło się do mnie, dzięki czemu miałam okazję przetestować krem, który zazwyczaj kosztuje ok. 110 zł. Jest to krem uniwersalny, przeznaczony dla każdego typu cery. Jego zadaniem jest nawilżanie oraz odbudowa bariery ochronnej naszej skóry. Producent wspomina coś także o spłycaniu drobnych zmarszczek, ale co na ten temat sądzę, napisałam już powyżej ;) Generalnie krem jest bardzo przyjemny w użyciu, pachnie cudownie (melonem), szybko się wchłania i doskonale nawilża. Jest zatem idealnym uzupełnieniem moich wszystkich zabiegów oczyszczających, które jak wiadomo czasem skórę przesuszają. Pomimo, że nie ma właściwości matujących, to przy mojej tłustej cerze sprawdza się bardzo dobrze i współgra z matującym podkładem. Ma filtr 15, więc w miarę chroni przed promieniami UV. Produkt na pewno zachęcił mnie do wypróbowania innych kosmetyków tej marki.


6. Jestem uzależniona od wszelkiej maści peelingów :) Kupuję na potęgę, różne marki, wszystkie rodzaje, ale zazwyczaj są to produkty enzymatyczne, gdyż z lenistwa nie chce mi się masować skóry ;). Peelingi Bielendy uwielbiam i chyba kupuję najczęściej. Tym razem trafiłam na produkt w podwójnej saszetce, bardzo praktyczny, gdyż nie ma potrzeby zużywania go na siłę w trakcie jednego zabiegu, tylko spokojnie można go sobie podzielić na dwie aplikacje. Peeling jest bardzo delikatny, ale zarazem skuteczny. Dobrze złuszcza naskórek, ale go nie wysusza. Skóra jest po nim bardzo świeża, rozjaśniona i gotowa na aplikację maseczek. Polecam go również ze względu na zapach. Zazwyczaj peelingi enzymatyczne pachną dość intensywnie i dusząco. Ten nie, co jest bardzo przyjemne, bo jednak te kilka minut trzeba go na twarzy potrzymać. Cena 2-3 zł.

Jeśli nasuną Wam się jakieś pytania dotyczące powyższych kosmetyków, to zachęcam do ich zadania w komentarzach. Postaram się jak najprędzej odpowiedzieć.

Pozdrawiam Was serdecznie!
Bati

2 komentarze:

  1. Zupełnie nie kojarzę kremu Restylane, a brzmi bardzo zachęcająco. Mam skórę mieszaną i wrażliwą i niestety mimo, że powinnam używać podkładów matujących, ale trudno mi go znieść dłuższy czas na twarzy, jeśli nie mam dobrego kremu nawilżającego pod spodem :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zdecydowanie polecam Ci ten krem, bo on fantastycznie nawilża, a jednocześnie dobrze współgra z matującymi podkładami :)

      Usuń

Copyright © 2016 Bati RULEZ , Blogger